Armenia - Khor Virap

Pokonuję ostatnie kilkaset metrów dzielące mnie od wioski do kościoła Khor Virap. Czym zaskoczy mnie „Głęboka studnia” – bo tak właśnie z ormiańskiego tłumaczy się nazwę świątyni? Według folderów i zdjęć, jakie wcześniej oglądałem w internecie, powinienem już od dawna nad kościółkiem zobaczyć masyw biblijnego Araratu. Tymczasem nawet pobliska granica Armenii z Turcją tonie we mgle. Nic to – zwiedzam kościół z nadzieją, że dość silny tego dnia wiatr rozwieje mgły.

Dziedziniec i wejście do świątyni są takie, jak w wielu innych starych kościołach Armenii – modlące się osoby, gdzieś w kącie babuszka sprzedające ikony, krzyżyki czy świeczki, które wierni później wetkną w świeczniki wypełnione piaskiem, delikatny zapach kadzideł… Tym, co odróżnia Khor Virap jest widoczne na środku kościoła zejście do podziemi – właśnie do owej Głębokiej Studni. Schodzę i dopiero tam uświadamiam sobie, że znajduję się w jednym z najważniejszych miejsc dla historii chrześcijaństwa. Stroma drabina zaprowadziła mnie do miejsca, gdzie – wg tradycji – przez kilka dobrych lat więziony był Grzegorz Oświeciciel. To właśnie ten święty kościoła powszechnego był osobą, która ochrzciła Armenię. I – co ważniejsze – ochrzciła ją jako pierwszy kraj na świecie, bo już na samym początku IV wieku, w 301 roku.

Jak twierdzą armeńskie podania, św. Grzegorz miał zdolności medyczne i wyleczył ówczesnego króla Armenii, Tirydatesa z obłędu. Ten z wdzięczności postanowił nie tylko samemu przyjąć chrzest, ale również uczynił chrześcijaństwo religią państwową. No i oczywiście: uwolnił również Grzegorz z więzienia, a nad jego podziemną celą wybudowano z czasem kościół.

Kiedy po kilkudziesięciu minutach wychodzę z Khor Virap wiem już, że moja cierpliwość została nagrodzona. W małej dolince poniżej kościoła widzę już dokładnie przebieg granicy znaczony rzędem słupów i drutu. A jakieś 25 czy 30 kilometrów za granicą niemal w niebo strzela Ararat – góra, na której rzekomo (znów: wg tradycji ormiańskiej) osiadła Arka Noego. Zresztą Ormianie do dziś szczycą się kawałkiem drewna, który ma być częścią burt słynnej Arki.

Kręcę się jeszcze przez godzinę po okolicy, napawając się widokami na Ararat, na ziemie, które przez wieki należały do Armenii, a dziś są częścią Turcji. Z jednej strony bliskiej, bo odległej od miejsca, gdzie stoję, o kilka minut marszu. A z drugiej – niezwykle dalekiej: aby się tam dostać, musiałbym pojechać najpierw do Gruzji, a dopiero tam przekroczyć granicę z Turcją. Ararat to taki ormiański utracony raj: od niego wziął swoją nazwę najsłynniejszy ormiański koniak, góra znajduje się też w herbie Armenii, szczyt widać dobrze niemal z połowy kraju. Ormianie obserwują dwa pokryte śniegiem wierzchołki Araratu ze świadomością, że przypuszczalnie nigdy nie będą w stanie być na jej zboczach…

Oddalam się powoli od Głębokiej Studni – najstarszego kościoła w najstarszym chrześcijańskim kraju świata. Jeszcze ostatni rzut oka na Ararat, na wieżę kościoła Khor Virap, na winnice, na bawiące się koty. Pozostaje we mnie świadomość, że dotknąłem kawałka niezwykłych dziejów tego niezwykłego kraju.

SPRAWDŹ NASZE PIELGRZYMKI NA KAUKAZ

  15 - 22.08.2020

  Katowice, Kraków, Wrocław

First Minute

  05 - 12.09.2020

  Katowice, Kraków, Wrocław

  29.06 - 06.07.2020

  Amsterdam, Berlin, Bruksela, Frankfurt, Hamburg, Kopenhaga, Londyn, Mediolan, Monachium, Paryż, Zurych

© Copyright 2019 by Biuro Podróży Misja Travel

MENU