Armenia - Tatev

Do wioski Tatev dotarliśmy późno wieczorem. Był to już październik, zatem po ciemku. Krótkie negocjacje (niemal w całkowitych ciemnościach – w całym Tatev działały może ze trzy latarnie) z właścicielami i… jest dobrze: mamy gdzie spać, cena OK, gospodarze mówią dobrze po rosyjsku, a więc resztę wieczoru spędzimy na rozmowach.

Noc minęła rzeczywiście szybko. Przyszedł lekko mroźny (góry!) poranek. Niczego nie świadom udałem się do lokalnego spożywczaka, chcąc kupić coś na śniadanie. Sprzedawcą okazał się rodowity Rosjanin, mieszkający od lat w południowej Armenii. I tu niespodzianka: sklep nie prowadzi (w ogóle!) sprzedaży ani chleba, ani sera, ani wędlin, owoców… Podobnie: drugi sklep w wiosce, dodajmy: zaopatrzony jeszcze gorzej. Kupiłem jedynie jakieś słodycze, zapas szybkich kalorii na cały dzień. Śniadanie zapewnili nam nasi gospodarze. Był – a jakże – chleb, ser, pomidory, jakiś domowy pasztet, miód – ale nic kupnego, wszystko wyrabiane w domu. Albo przez samych naszych gospodarzy, albo też przez ich rodzinę, sąsiadów, a potem wymienione na to, co innym zbywało. Mimo, iż pobyt do Tatev dotarliśmy w drugim tygodniu naszej wycieczki po Armenii, Hajastan (tak mówią o swojej Ojczyźnie sami Ormianie) nadal nas zaskakiwał.

Śniadanie – jak to na Kaukazie bywa – przedłużyło się do niemal dwóch godzin. Czas najwyższy, aby zwiedzić słynny klasztor Tatev. Słynny i stary, gdyż kilka lat temu skończył 1200 lat, chociaż główna cerkiew jest nieco młodsza – liczy sobie „zaledwie” 1120 lat. Wg tradycji (czy to coś nowego na Kaukazie Południowym?) na tych ziemiach Dobrą Nowinę jeszcze w I wieku głosił Eustatusz (uczeń Apostoła Tadeusza) i to właśnie jego imię (jak również miejsce, gdzie miał nauczać) dało nazwę temu magicznemu miejscu. Nie wiem: czy to pogoda (piękna, ale temperatura w ciągu dnia wzrosła zaledwie do kilku stopni powyżej zera), czy to niski sezon spowodowały, że przez niemal dwie godziny powolnej szwendaczki po klasztorze, byliśmy tam jedynymi gośćmi. A było na co popatrzeć: klasztor stojący na bazaltowej skale, która kilka metrów obok urywa się kilkusetmetrowym urwiskiem ku dolinie, gdzieś w oddali ośnieżone góry prowincji Sjunik, za nimi wzgórza strzegące granicy Armenii z Iranem. Babuszka sprzątające jesienne liście miotłą wykonaną z gałęzi, kilku modlących się starszych Ormian, zapach świeczek wtapiających się w piasek… tak, w klasztorze Tatev naprawdę można poczuć się częścią prawdziwej Armenii. Armenii (jeszcze!) nie zepsutej masową turystyką czy komercjalizacją, bez ludzi pędzących ulicami. Armenii, gdzie na głównej „ulicy” wioski (cudzysłów zamierzony, główna ulica widziała asfalt chyba jeszcze za Chruszczowa) więcej owiec i kóz niż ludzi. Armenii bez dobrego zasięgu, bez bankomatu i innych dobrodziejstw współczesności. Słowem: Armenii będącej idealnym celem na wycieczkę, podczas której rzeczywiście będzie można odpocząć.

Wieczorny deszcz skrócił naszą wędrówkę wzgórzami wokół Tatev na naszą kwaterę. Resztę dnia spędziliśmy rozmawiając o naszych przygodach na południowym Kaukazie, pomagając wnukowi naszych gospodarzy w nauce rosyjskich bukw i oczywiście planując kolejne dni. A miały to być dni spędzone w państwie – nie państwie, nieuznanym przez żaden inny kraj świata Górskim Karabachu.

SPRAWDŹ NASZE PIELGRZYMKI NA KAUKAZ

  12 - 20.10.2019

  Buenos Aires, Chicago, Nowy Jork, Sao Paolo, Toronto

  12 - 19.10.2019

  Gdańsk, Katowice, Warszawa, Wrocław

  24.09 - 05.10.2019

  Buenos Aires, Chicago, Nowy Jork, Sao Paolo, Toronto

© Copyright 2019 by Biuro Podróży Misja Travel